Lady Pank – relacja z koncertu jubileuszowego w warszawskiej Stodole

0
242

Elton John w znakomitej autobiograficznej książce „Ja. Elton John” zabawnie, ale i gorzko wspomina moment, gdy – będąc już niekwestionowaną międzynarodową gwiazdą – zagrał na koncercie w całości płytę „Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy”. Było to 21 kwietnia 1975 r. na londyńskim stadionie Wembley. Elton to doświadczenie opisuje jako jeden z największych błędów w swoim życiu, bo publiczność bardzo zdawkowo reagowała na stosunkowe nieznane im utwory, z albumu, który ukazał się raptem kilka tygodni wcześniej. Ludzi byli zniecierpliwieni, zachowywali się „jak na apelu”, a nawet wychodzili z koncertu! A mówimy tutaj o materiale z płyty, która jako pierwsza w historii muzyki rozrywkowej od razu po wydaniu osiągnęła szczyt list przebojów Stanach Zjednoczonych!

14 marca 2021 r. (podobnie zresztą jak dzień wcześniej) Lady Pank zdecydował się na równie odważny krok. W warszawskim klubie Stodoła zespół zagrał bowiem w całości repertuar z płyty „LP40”, która ukazała się raptem 2 dni wcześniej! Czy ten zabieg się opłacił?

Pół żartem, pół serio można jednak napisać, że Panki miały łatwiej. W końcu byli oni jedynymi gwiazdami wieczoru (Elton John na wspomnianym koncercie, a właściwie minifestiwalu Midsummer Music, wystąpił tego dnia między innymi w towarzystwie The Eagles i bezpośrednio go poprzedzających The Beach Boys). Poza tym obecnie z repertuarem z nowej płyty można zapoznać się szybciej niż w latach 70. Mimo wszystko zespół wykazał się odwagą. Nie tylko dlatego, że poprzedni krążek „Miłość i władza” z 2016 r., czyli roku jubileuszu ich 35-lecia, promowali w „tradycyjny” sposób, mieszając na koncertach nowe utwory z przebojami. Przede wszystkim dlatego, że tych „największych przebojów” to Lady Pank ma chyba najwięcej w całej historii polskiej fonografii.

Pierwszy album grupy z 1983 r., nazwany po prostu „Lady Pank”, to było prawdziwie „wejście smoka”, bez precedensu w historii nie tylko polskiej muzyki. Gdyby po nim zespół zakończył działalność i nie nagrał już nic więcej, to i tak miałby swoje stałe miejsce w historii krajowego rocka. Sześć utworów z tej płyty zajęło 1. miejsce na kultowej do niedawna (a zwłaszcza w czasach świetności zespołu) Liście Przebojów Programu 3 Polskiego Radia. A tych utworów byłoby być może nawet siedem, ale „Tańcz, głupia tańcz” w wyniku różnych zbiegów okoliczności na płycie się nie znalazł i funkcjonował jako niezależny kawałek. Produkcja hitów nie zakończyła się na debiucie. Wprawdzie zespół już nigdy nie powtórzył sukcesu z początków swojej kariery, ale z niezwykłą regularnością powracał na listy przebojów. Zwłaszcza w latach 80. Próbę czasu przetrwały też utwory z płyt z kolejnej dekady – „Na Na” (1994 r.) i „Łowcy głów” (1998 r.). Warto wspomnieć, że to właśnie od płyty „Na Na” trwa nieustanna i owocna współpraca duetu „polskich rolling stonesów” Jan Borysewicz–Janusz Panasewicz z perkusistą Kubą Jabłońskim i basistą Krzysztofem Kieliszkiewiczem. Uprzedzając jednak fakty, 14 marca w Warszawie nie usłyszeliśmy żadnego utworu ze wspomnianych przed chwilą albumów. Podobnie jak i żadnego kawałka nagranego w XXI wieku. Oczywiście poza wszystkimi utworami z płyty, którą zespół promował. Jej tytuł „LP40” odnosi się oczywiście do faktu, że w tym roku zespół obchodzi swoje 40-lecie. Relacjonując zatem ten koncert i recenzując przy okazji nowe utwory, nie sposób nie nawiązywać do historii. 

Zresztą panowie, a zwłaszcza Jan Borysewicz zrobili to sami. Otwierający płytę (ale nie koncert, na którym utwory zostały zagrane w pomieszanej kolejności, co tylko dowodzi singlowego potencjału całego materiału) utwór „Ameryka” został zaśpiewany przez Borysewicza. Jest to oczywista analogia z utworem „Mała Lady Pank”, od którego wszystko się zaczęło i któremu zespół zawdzięcza nazwę. W tym pierwszym numerze z debiutanckiej płyty grupy rolę wokalisty pełnił także Borysewicz. Niemniej wówczas słowa napisał Andrzej Mogielnicki, współzałożyciel i autor tekstów do większości evergrenów formacji. Słowa „Ameryki” razem z Wojciechem Byrskim napisał Borysewicz. Piosenka poświęcona jest gorzkiej refleksji płynącej z porównania współczesnych Stanów Zjednoczonych z ich wyidealizowanym obrazem, który kiedyś istniał w wyobraźni lidera zespołu. Nie są to wprawdzie przemyślenia specjalnie wyszukane, ale bardzo czytelne i trafne. 

Ciepło można napisać także o wokalu Borysewicza, który moim zdaniem śpiewa teraz lepiej niż kiedykolwiek. Zresztą o tym, że lider Lady Pank cały czas się rozwija muzycznie, może też świadczyć to, iż w ramach koncertów trasy LP1 z okazji 35-lecia ich spektakularnego debiutu podczas wykonywania kompozycji „Wciąż bardziej obcy” Borysewicz nie tylko śpiewał, ale i akompaniował sobie na fortepianie. W Stodole tego zabrakło, a za instrumenty klawiszowe – które są także silnym akcentem płyty – odpowiadał Wojciech Olszak (na płycie zaś jej współproducent Jarosław Baran). Ponadto zespół uzupełniał dodatkowy (aczkolwiek stały na koncertach) gitarzysta Michał Sitarski. Kończąc wątek analogii między najnowszą płytą a początkami zespołu, warto wspomnieć, że w utworze „Karton” (muzycznym klimatem przypominającym trochę „Marchewkowe pole”), podobnie jak w „Minus 10 w Rio”, za zwrotki odpowiadał Borysewicz, a refreny były polem do popisu dla głównego wokalisty. Janusz Panasewicz zaśpiewał też wszystkie pozostałe utwory, w tym otwierające występ „Pokolenia”. Moim zdaniem jest to zdecydowanie najgorszy utwór na najnowszej płycie, w wersji studyjnej prezentujący się jak ubogi krewny nie tylko Pankowych „greatest hits”, ale nawet reszty zawartości „LP40”. Dlatego kiedy usłyszałem, że to ten kawałek zaczyna koncert, ucieszyłem się, że… najgorsze będzie na początku. Zostałem jednak mile zaskoczony, bo ten marszowo-festynowo utwór sprawiający wrażenie skrzyżowania twórczości zespołów Golec uOrkiestra i Enej w wersji na żywo nabiera nieco rockowej zadziorności i prezentuje się znacznie lepiej. Zresztą, to samo można powiedzieć o większości, jeśli nie wszystkich utworach z opisywanego albumu. Nie jest to jednak nic odkrywczego, bowiem utwory tej, często niegrzecznej Lady, na żywo brzmią na ogół soczyście rockowo, czego nie można powiedzieć o nieco wygładzonych wersjach studyjnych. Zresztą „LP40” to pod względem produkcyjnym chyba najlepiej dopieszczony krążek zespołu. 

Skoro wspomniałem o najgorszym, to dla kontrastu napiszę o najlepszych kawałkach z płyty. Zdecydowanego faworyta nie ma, ale wyróżniłbym cztery kompozycje (w kolejności zgodnej z tracklistą płyty): „Tego nie mogą zabrać nam”, „Erazm”, „Drzewa”, „Zapomnieć”. Wszystkie one potwierdziły swój potencjał w wersjach na żywo. Tekst pierwszego z nich, być może najbardziej „polityczny” na płycie, w największym uproszczeniu traktujący o jakże dużych podziałach w Polsce, napisał Michał Wiraszko. Ta sama osoba była zresztą także autorem słów dość dynamicznej ballady „Najcieplejsza zima od tysiąca lat”, w której rock miesza się z sythpopem, a nawet new romantic. Wiraszko był na widowni w Stodole i został pozdrowiony przez Jana Borysewicza. „Erazm” to jedyny na albumie utwór napisany przez Mogielnickiego. Autor potwierdził swoją tekściarską klasę, instrumentaliści zespołu doprawili piosenkę energetycznie rockowym sosem, a wisienką na torcie jest ekspresyjny wokal Panasewicza. Utwór zatem jawnie nawiązuje do lat świetności kapeli. „Drzewa” to trzeci po wspomnianych, niebanalnej „Ameryce” i niepasujących do reszty „Pokoleniach” singiel z płyty. W tym momencie najbardziej popularny. Do tego stopnia, że zespół zagrał go na bis, już po składance największych hitów (do których jeszcze dojdziemy). I chyba słusznie, bowiem jest to singiel zdecydowanie najlepszy, nie tylko od strony muzycznej (można by napisać: stary, dobry rozpoznawalny od pierwszych dźwięków melodyjnie rockowy Lady Pank, okraszony charakterystyczną solówką Borysewicza!), ale i tekstowej. Słowa traktują o depresji, a wyszły one spod pióra Byrskiego. Co ciekawe napisał on wspólnie z Borysewiczem teksty nie tylko do „Ameryki”, ale także do „Zostań”, „Kartonu”, nieszczęsnych „Pokoleń” i „Zapomnieć”. Ten ostatni utwór kończy płytę. W Stodole, podobnie jak na koncercie zabrzmiał zjawiskowo (wersja studyjna jest lżejsza, poprockowa), w czym zasługa nie tylko śpiewającego bardzo emocjonalnie Panasewicza i gitarowych popisów Borysewicza, ale też mądrego tekstu, w który świetnie wpasowała się muzycznie niezwykle stabilna sekcja rytmiczna Kieliszkiewicz–Jabłoński. Zresztą to samo o muzykach, którzy pomimo 27-letniej obecności w zespole ciągle są uznawani za młodych i „nowych”, można napisać przy okazji każdego utworu. Swoje zrobili też Sitarski i Olszak. Cała szóstka bardzo poprawnie zaprezentowała się także w dynamicznej „Spirali” (której towarzyszyły wyświetlone na telebimie okładki zespołu), przebojowo-skocznym „Zostań ze mną”, balladowym „Wiecznym chłopcu” oraz najbardziej nowoczesnej pod względem aranżacji i produkcji „Pokucie”, chyba najsłabszym obok „Pokoleń” przedstawicielu płyty.

O słabych momentach nie mogło za to być mowy w drugiej części koncertu, podczas której zespół zaprezentował w pigułce zestaw swoich największych hitów. Rozpoczęli od „Vademecum skauta”, na początku którego miało się wrażenie, że – zgodnie ze słowami Borysewicza – muzycy sami nie wiedzą co zagrają. Ale był to bardzo sympatyczny akcent. A takie zdarzały się także w innych momentach koncertu, choćby gdy Borysewicz czule całował jedną z jego gitar. „Vademecum…” pochodzi oczywiście z debiutanckiej płyty. Podobnie zresztą jak zaprezentowane po nim: „Fabryka małp”, „Zamki na piasku” i „Kryzysowa narzeczona”. Ostatnim przedstawicielem debiutu (a zarazem zasadniczej części koncertu) było „Mniej niż zero”. Z zestawu „greatest hits” dostaliśmy jeszcze tytułowy utwór z płyty „Tacy sami” (1988 r.), poprzedzony efektownym perkusyjnym solo Kuby Jabłońskiego (do którego dołączyli później też pozostali muzycy, tworząc ciekawe intro w konwencji jamu), nieśmiertelne „Marchewkowe pole” oraz „Zawsze tam, gdzie Ty”, czyli jedynego przedstawiciela twórczości zespołu z lat 90. Zestaw przebojów, podobnie jak i jego wykonawcy, nic się nie zestarzał i nie stracił na swoim potencjale! Publika był zachwycona. Muzycy także.

Na samym prawie końcu napiszę coś, co wydaje się oczywiste. Występ odbył się w specjalnych, „pandemicznych” warunkach. Obejrzało go około 300 widzów, podczas gdy normalnie w Stodole mieści się kilka razy więcej. Ponadto zachowane były standardowe procedury: dezynfekcja rąk, podpisanie oświadczenia, miejsca siedzące (co drugie wolne) i oczywiście maseczki. Poza tym organizatorzy wyciągnęli wnioski z dnia poprzedniego, podczas którego, zgodnie ze słowami Borysewicza, miała miejsce „jedna wielka balanga”, a niektórzy nie dość, że wstawali z miejsc (co można jeszcze zrozumieć i wybaczyć), to także zdejmowali maseczki i przemieszczali się pod scenę. Tym razem było znacznie spokojniej, o co skutecznie, acz taktownie dbała ochrona. Wprawdzie ludzie w większości wstali podczas „hitowej” wersji koncertu, ale trzymali się w pobliżu swoich krzesełek. Było bezpiecznie i rozsądnie. Publiczność bawiła się nietypowo, z pewnością jednak bardzo dobrze. Brawo my!

Przez cały koncert widoczne były wizualizacje na telebimach w postaci filmów, zdjęć i animacji. Najważniejsza jednak była muzyka, a za nią – jak doskonale wiemy – odpowiadał przede wszystkim Borysewicz. Wokalnie jednak na pierwszym planie był oczywiście Panasewicz, bardzo dobrze dysponowany w ostatnią niedzielę. Nie tylko głosowo, ale także pod względem energii. Zresztą wszyscy muzycy na scenie zaskakiwali żywiołowością! Krzysztof Kieliszkiewicz swoje popisy na gitarze basowej urozmaicał przeróżnymi „wygibasami”, a Krzysztof Jabłoński jak zwykle imponował sprawnością techniczną i dynamiką za perkusją.

Wydarzenie okazało się znakomitą, trafioną i odważną promocją bardzo dobrej płyty. Moim zdaniem najlepszej, jaką zespół nagrał w XXI wieku. Niebanalne teksty, urozmaicone aranżacje, klawiszowa nowoczesność w połączeniu z gitarową rozpoznawalnością robią z tego krążka mocnego kandydata do polskiej płyty roku, choć nie minął nawet jego pierwszy kwartał. Oczywiście publiczność zawsze będzie wolała „stare” hity. W naszym kraju nikt jednak tak dobrze nie łączy „tradycji z nowoczesnością”. „LP40” to świetna pointa 40-letniej kariery zespołu, przed którym, miejmy nadzieję, jeszcze wiele okazji do świętowania!

Tekst: Michał Bigoraj

Fot: Mirosław Woś

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here