Slipknota można nie lubić, można lubić i można ubóstwiać, jednego się nie da… przejść obok nich obojętnie. Corey Taylor ze swym rozwrzeszczanym psychotycznym wokalem razem z swoją ośmioosobową bandą muzyków-psycholi, zagościli 6 lutego na Łódzkiej Atlas Arenie, a my jako wysłannictwo Wiary byliśmy na miejscu.

Slipknota wspierał nasz rodzimy death, black, zespół pod wodzą Nergala. Chłopaki z Behemotha dali popis na światowym poziomie, mocne makijaże i efekty pirotechniczne uzupełniały ciężką gitarę, szybką perkusję, oraz mroczny growl lidera. Fani polskiej kapeli na pewno się nie zawiedli, chociaż tym razem brakowało rozrywanych biblii czy kobiet na krzyżach – szkoda ale cóż – Behemoth dał to czego wszyscy się spodziewali i to na naprawdę dobrym poziomie. Ale dobra to nie Behemoth był gwiazdą wieczoru.

Zasadniczo dostałem miejsce na trybunach i z ciekawością przyglądałem się całej płycie, która wypełniła się ludźmi czekającymi w napięciu na gwiazdę wieczoru. Jak opadła kurtyna, z 13 tysięcy gardeł wydarł się krzyk radości, zespół rozpoczął koncert hitem z najnowszego albumu któremu jest poświęcona ta trasa… I niestety realizacja zaliczyła jedną wielką, ogromną i bolesną wtopę, „Unsainted” hicior otwierający koncert właściwie był nie słyszalny wokalnie. Nie chce tutaj rzucać oskarżeniami, czyja to wina i kto zawinił, bo prócz realizatorów zawinić mógł wokalista, lub akustyka samej sceny. Niestety przez taki błąd utwór przeszedł bez echa, i w moim odczuciu szkoda. Potem zespół szybko się podniósł, zresztą część fanów szybko zapomniała o tym faux pas. Dalej koncert już się rozkręcał w najlepsze, prócz utworów w najnowszej płyty usłyszeć można było starszy materiał taki jak „Before I Forget” czy „Psychosocial”. Zespół wystąpił w nowych kostiumach które pierwszy raz pojawiły się wraz z publikacją singla „Unsainted”. Jeśli chodzi o energię to faktycznie temperatura wzrastała z każdym utworem, Corey jest arcymistrzem zarządzania tłumem i jego energią, często mówiąc o tym jak ważne jest aby muzyka którą tworzą jako zespół, jednoczyła ludzi a nie dzieliła. Nie zabrakło też mistrza skreczu Dj Starscream który jak (nie-) dobry duch wydawał się być wszędzie, pobudzając energię w publice. Całe szaleństwo sceny, przekładało się na publiczność, która co jakiś czas tworzyła mosh-pity przypominający wiry morskie. Pirotechnika, ognie i rewelacyjna gra świateł z wizualizacjami dopełniały show. Scena miała dwa poziomy zaprojektowana była segmentowo, z balkonami i dawała wiele przestrzeni artystom.

Zapewne dla wielu fanów był to wyjątkowy i nie zapomniany wieczór, spodziewaliśmy się dobrego metalu i mocnego pierdolnięcia… I w zasadzie to właśnie dostaliśmy.

Tekst Kacper P.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here