SMOKE OVER WARSAW 15.06.2019

0
522

 

W sobotę Warszawę pokrył gęsty dym. Nie, to nie początek jakiegoś horroru albo opisu filmu katastroficznego. W ostatni weekend miała miejsce czwarta edycja SMOKE OVER WARSAW. Festiwalu, który może nie ma siły przebicia „ołpenera”, „orendża” czy „impakta” – ale absolutnie nie czyni go mniej wartościową imprezą. W tym roku w jeden dzień, na dwóch scenach w warszawskich klubach „Chmury” i „Hydrozagadka” wystąpiło aż … trzynaście zespołów grających klimaty stonerowo-doomowo-psychodeliczno-bluesowo-flowerpowerowe. Naprawdę trzeba było mieć siłę, żeby ogarnąć tyle muzyki. Dlatego też skupię się na pięciu zespołach, które zrobiły na mnie największe wrażenie.

EARTH TONGUE

Absolutne odkrycie i perełeczka na festiwalowym torcie. Duet z Nowej Zelandii, który tworzą grająca na gitarze i śpiewająca Gussie Larkin oraz wspierający ją na garach i ryczący Ezra Simons. Ich dźwięki można określić jako psych/fuzz z domieszką sabbathowych riffów, gdzie słodki dziewczęcy głos Gussie przeplata się z rykiem Ezry. To naprawdę pierwotna bardzo oryginalna mieszanka. Towarzystwo wydało w tym roku swój debiutancki LP „Floating Being” z którego zagrali większość utworów w tym moim zdaniem najlepsze „Miscroscopic God”, „The Well Of Pristine Order”, „Portable Shrine”.

Earth Tongue Fot: Mariusz Jagiełło

Jeremy Irons and the Ratgang Malibus (JIRM)

Ten zespół ze Szwecji to już uznana marka. Nie pierwszy raz goszczący w Polsce (ostatni raz na Smoke Festival 2018). W sobotę zagrali set składający się z pięciu utworów. Skupili się na ostatnim albumie ”Surge Ex Monumentis”. Ich space rockowe dźwięki z domieszką stonera i elementów progresywnych porwały publiczność. Rewelacyjnie wybrzmiały „Candle Eyes”, „The Cultist”. Na mnie jednak największe wrażenie zrobił długi, przestrzenny „Isle of Solitude”. Świetny energetyczny występ.

JIRM Fot: Mariusz Jagiełło

SOMALI YACHT CLUB

Nie ukrywam, że to właśnie Ukraińcy byli dla mnie największym wabikiem jeśli chodzi o tę edycję festiwalu. Zespół, który już w poprzednim roku miał wystąpić w Warszawie przed Stoned Jesus. Wtedy niestety problemy z wizami uniemożliwiły ich występ. Teraz na szczęście obyło się bez niespodzianek. No i była magia. Kto zna ich twórczość a szczególnie ostatnią płytę „The Sea” wie co mam na myśli. Piękne psychodeliczne, stonerowe dźwięki cudownie płynęły po hydrozagadkowej scenie. Zaczęli od „Crows” a później było tylko lepiej „Sightwaster”, „Religion of Man” i na zakończenie, na dobitkę utwór – który jest dla mnie małym arcydziełem – czyli jedenastominutowy „Vero”. Nasi wschodni ziomale w pełni stanęli na wysokości zadania. Już w tym momencie byłem w muzycznym raju

… a przecież zostały jeszcze dwa zespoły w tym headliner

… MONOLORD

Szwedów każdemu szanującemu się fanowi doom-metalu przedstawiać nie trzeba. To walec, który potrafi swoimi dźwiękami rozjechać, zmłócić i przemielić każdego słuchacza. Tym razem było podobnie. Panowie zostali bardzo solidnie nagłośnieni co potęgowało odbiór ich muzyki. Na scenie nie oszczędzają się w czym prym wiedzie basista Mika Häkki. Prawdziwy pozytywny wariat. Set lista miodna. Na początek przywalili „Where Death Meets The Sea” później „Lord of Suffering”, „Audhumbla”, „Dear Lucifer”, następnie zapodali nowość „The Bastard Son” – już tytuł sugeruję, że nie przeszli na jasną stronę mocy. Nadal będą napierdalać dźwiękami w nasze bębenki. Na zakończenie odegrali dwa moje faworyty czyli „Rust” tytułowy utwór z ostatniego albumu oraz obowiązkowo „Empress Rising” – wiadomo, ich największy „hit”. I jak Tu nie kochać Szwedów? I to niekoniecznie tylko za Zlatana Ibrahimovicia.

WYATT E

Na zakończenie festiwalu, już po północy, na małej scenie umiejscowionej w Chmurach zaprezentował się belgijski Wyatt E. Jeśli do tej pory prezentowana muzyka była oryginalna to w przypadku tego zespołu brakuje skali. Muzycy poubierani w stroje beduinów, z zasłoniętymi twarzami na scenie odgrywali swoje instrumentalne drone’owe pasaże. Ich etniczno-elektroniczne-doomowe dźwięki wkręcają lepiej niż najlepsze zioło. Nie polecam jednak stosować przy ich dźwiękach substancji psychoaktywnych, gdyż ich twórczość budzi jakiś podskórny niepokój. A narkotykowe lęki fajne nie bywają. Godzina ich występu też była bardzo przemyślana (brawo dla organizatorów). To był hipnotyzujący występ składający się z dwóch utworów. Nie, nie – to nie był krótki strzał – każdy z tych „kawałków” trwa około dwudziestu minut . Promowali swój debiutancki LP Exile to Beyn Neharot, który jeśli macie otwartą muzyczną głowę serdecznie polecam.

I to tyle – wspomnę jeszcze tylko, że pozostałymi zespołami, które wystąpiły w tym roku na SMOKE OVER FESTIVAL były:

Andromeda Space Ritual (Polska) Black Sadhu (Niemcy) Kalamata (Niemcy) Moontoy (Polska) PowerPlant (Polska) Ruff Majik (RPA) The Maness Brothers (USA) ZATOKREV (Szwajcaria).

Warto było cierpieć w upale – szczególnie w Chmurach temperatura wewnątrz dochodziła chyba do 50 stopni Celsjusza. Jednak tyle dobrej muzyki za przystępną cenę (80 zł w przedsprzedaży), chyba nie spotkacie na żadnym innym polskim festiwalu – no chyba, że u Owsiaka. Za rok na pewno znowu dam się okryć warszawskim dymem. Może i Was moja relacja przekona.

Autor Mariusz Jagiełło z Earth Tongue

Autorem tekstu jest Mariusz Jagiełło

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here