Zaznaczę na początku, uwielbiam Whitesnake.  Był to zespół który w 1994 roku odnowił moją miłość do hardrocka. Zespół, który od ponad 40 lat jest niezmiennie dowodzony przez jednego z najlepszych wokalistów rockowych na świecie- Davida Coverdale’a, miał w swojej karierze muzycznej kilka etapów.  Pierwszy rock n’ bluesowy który obejmuje płyty od „Trouble” do „Saint n’ Sinners”, drugi etap bardziej komercyjny typowo hardrockowy zawierał multiplatynowe albumy „Slide It In” „1987” i „Slip of the Tongue” , po tym za sprawą „Restless Heart” powrót do poprzednich klimatów by już w nowej dekadzie rozpocząć od płyty „Good To Be Bad” etap, który umownie nazywam „dla każdego coś miłego”.

Nowa pozycja Białego Węża pt. „Flesh and Blood” miała być kontynuacją bardzo udanej „Forevermore”  ( pomiędzy ukazał się jeszcze „Purple Album z coverami 3 i 4 wcielenia Deep Purple) czy to się udało?  Po części tak, ale nie do końca. Powiem najpierw o minusach. Jak dla mnie brakuje nawiązań do drugiego etapu grupy, który na dwóch poprzednich krążkach miał swoją reprezentację postaci „ All I Want All I Need”, „Summer Rain”,  „Easier Said Than Done” i  „One of These Days”. Brakuje mi tego komercyjnego szlifu, który nadawał przebojowości pod koniec lat 80. Tak naprawdę jest to jedyny minus jaki mogę wytoczyć, ponieważ cała reszta to kapitalna kopalnia klasycznych rockowych hitów takich jak  „Shut Up & Kiss Me”,  „Flesh & Blood” czy „Good To See You Again” , mamy majestatyczne  „Heart Of Stone” czy w prostej linii nawiązujące do Led Zeppelin    („Kashmir”? )  „Sands Of Time” , dodam rewelacyjny kawałek, przywołuje klimatem oprócz wspomnianego zespołu cudowny „Judgment Day” ze „Slip of the Tongue”.  Próba trochę bardziej komercyjnego podejścia mamy jedynie w utworach „Always & Forever” i „After All”, ale pomimo, że ten drugi w jakiejś części przywołuje „Sailing Ship”  to i tak bardziej tym utworom do klimatów „Restless Heart” niż „1987”. Głos Davida jak zwykle rewelacyjny, kiedy trzeba potrafi się wydrzeć i słychać, że ciągle mu to  sprawia radość. O tym, że nadużywa słowa „Baby” chyba nie muszę pisać, bo to jest częścią stylu Whitesnake. „Flesh And Blood” jest również pierwszą autorską płytą gdzie jako współkompozytor mógł nam się zaprezentować  Joel Hoekstra znany ze współpracy min. w Night Ranger. Co mnie bardzo cieszy więcej do powodzenia w kwestii kompozycji  miał jeden z moich ulubionych wioślarzy Reb Beach ( znany z Winger ), który w Whitesnake zadomowił się już na dłużej. Oprócz wspomnianej dwójki, należy wspomnieć, że na bębnach gra stary kolega z lat świetności czyli Tommy Aldrige.

Powoli podsumowując, co można powiedzieć o najnowszym dziele Whitesnake? Że to kolejny album Whitesnake, niby nic odkrywczego ale uśmiech na gębie pojawia się za każdym razem gdy krążek kręci się w odtwarzaczu. Nie powiem, że jest On lepszy od dwóch poprzedniczek , bo nie jest, ale na tle tych wszystkich teraz modnych retro rocków na czele z Greta Van Flet album więcej niż dobry. Tak naprawdę David pokazuje młodzieży o co w tym rocku chodzi, muzyka na luzie przy piwie( winie ), teksty o miłości bez napinki i ściskania pośladów aby być mega retro i być kolejną nadzieją rocka.  Słuchając „Anthem of the Peaceful Army” kilkukrotnie w głowie pozostał mi jeden utwór…przez jeden dzień, po jednej sesji „ Flesh and Blood” już mi 4 kawałki chodziły po głowie i to jest TA różnica. Poziom instrumentalny i kompozycyjny też pokazuje, że aby grać na luzie trzeba umieć. Whitesnake dzisiaj już nic nie musi, Oni się tym bawią, kolejny album to kolejny pretekst aby pojechać w trasę i tak ma być.

I jeszcze taka mała refleksja na koniec. Byli koledzy z Deep Purple powinni brać przykład jak można starzeć się i nagrywać albumy które ciągle sypią iskrami a nie są przewodnikiem po rockowym muzeum.

 

Ireneusz Sikorski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here