Relacja – Amon Amarth, 06.07.2023 Warszawa, Progresja

0
400

Więc było tak.

Ramiona nasze były styrane od wiosłownia, bo drakar nasz stracił maszt na burzy w morzu. Za to my nie traciliśmy czasu by cumować, wyskoczyliśmy na brzeg niosąc w tęgich od wysiłku ramionach tarcze i topory, pędem biegnąc przez piach plaży na pomoc naszym braciom, którzy już walczyli w tyglu bitwy. Wiadome mam było … daleko bowiem niósł się hałas pierwszej piosenki Amon Amarth. Nieszczęśnik, który zapytał nas o bilety, nigdy nie opowie historii którą tutaj usłyszycie, czy jakiej kolwiek innej.

Nikt nie miał biletów, albowiem … We came to raid and plunder! Wejście było obwarowane, a przy nim garnizon żółtych kamizelek oraz słowiańskich policjantów. Nie było czasu by z nimi wchodzić w potyczkę … pod sceną już ginęli Synowie Odina! Jak mówi Johan Hegg „You either find a way, or make one” … and so we did … Wybraliśmy drogę na skróty, forsując jedno i drugie ogrodzenie. By gdy przedarwszy się przez krzaki i sforsowaniu trzeciego ogrodzenia wprawić w strach tchórzy o zajęczych sercach siedzących jak starcy w strefie piwa. „Vikings are dying fools!” Krzyczały nasze dusze. Biegiem ztaranowaliśmy czwarte ogrodzenie, tratując bezradną ochronę w żółtych kamizelkach, słysząc za sobą krzyk zdziwienia moczy majtków żłopiących piwo. Na pełnej prędkości wbiegliśmy w tumult ludzi unoszących wielką chmurę pyłu przed sceną. Rozdarwszy odzienie, obnażając młoty Thora na piersi, poczeliśmy sławić imię Odina przerzynając się przez tłum, aż pod samą scenę.

Może gdzieś podkoloryzowałem ale … było bardzo podobnie.

Johann występował na tle wielkiej głowy vikinga z oczami, w których były wmontowane monitory, a po bokach hełmu odstawały rogi jak wiadomo historycznie niepoprawne. Ale, które za sprawą mainstreamu i pociesznych bajek jak Asterix i Obelix zaakceptowaliśmy niczym niepełnosprawnego umysłowo kuzyna, trochę niewygodne i przeszkadza ale fajnie wygląda. Szczególnie jeśli w środku hełmu ma swoje gniazdo perkusista. Fajnie również wyglądała ogromna tkanina wielkości średniego basenu tworząca tło dla zespołu, na której byli nadrukowani nordyccy wojowie wyraźnie kroczący do boju. Dekoracja zmieniała się kilkukrotnie. Na scenie pojawił się ze świecącymi zielonymi oczami, ten który oszukuje wszystkich bogów, Loki syn Laufy’i. Johann przepychał się z nim w pewnym momencie, w geście walki z nieszczerością. Nadszedł ten piękny moment w którym Johann powiedział „Allright Warsaw, this is the moment where you all, sit down and … ROE” kultowy, ikoniczny, i nie powtarzające się chyba nigdzie indziej, motyw koncertu z Amon Amarth. który się wykonuje wiadomo w trakcie piosenki „Put Your Back Into The Oar” na siedząco na ziemi, gdzie wszyscy imitują wiosłowanie. Tworząc wrażenie pokładu jakiejś monstrualnie dużej łodzi, gdzie wszyscy kilkanaście razy razem przy każdym targnięciu wyimaginowany wiosłem krzyczą „ROE!”

Wyimaginowani nie byli za to dwaj odtwórcy, przebrani w stroje historyczne wojowników nordyckich. Chociaż jak dla mnie za bardzo byli zrobieni na pańszczyźnianych chłopów w hełmach, akurat tutaj wolałbym więcej Hollywoodu, nie znoszę tych zwykłych tunik, wyglądają wyjątkowo mało spektakularnie. Ale bili się dobrze. Dobrze a nawet bardzo dobrze na sam koniec w trakcie ” Twilight of the Thunder God” był zrobiony Jormungandr, którego Johann okładał Mjölnir’em. Docenia się takie starania, podobnie jak nauczenie się paru słów po polsku przez wokalistę. Bo jak wszyscy wiemy, z jakiegoś powodu publiczność wariuje kiedy słyszy słowo „Dziękuję” powiedziane z akcentem. Ja w imieniu swoim, asgardczyków i redakcji, dziękuję szwedzkim wikingom za przybycie ze Sztokholmu, za to że mogliśmy przez chwilę najeżdżać i grabić, walczyć i ginąć wspólnie. Kto ostatni w Valhall’i ten zgniłe jajo!

Tekst Lux Perpetua

Fot: Montar