Tak, tak, moi mili Państwo, są sztuki na które czeka się długie lata a nawet dziesięciolecia aby można było podziwiać u nas, tu nad Wisłą.
I tak było w tym przypadku, kiedy Mike Ness ze swoim zespołem zawitał po raz pierwszy do Polski.
No dobra, ale od początku. Koncert zaplanowano na niedzielny wieczór w warszawskim klubie Progresja. Po zameldowaniu się na godzinę przed otwarciem bram,
stwierdziłem nieliczne grupki fanów którzy przybyli z różnych zakątków Polski, raczących się złotym trunkiem tudzież czymś mocniejszym w okolicach świątyni rock&roll’a tego dnia,
jak i Kościoła Starokatolickiego Marwiatów 😉 Pozdrawiam tu ekipę z Gdańska i miasta Łodzi.
Kilka minut po godzinie 19tej otworzono bramkę i pomimo sporej już ilości ludzi przed lokalem, wpuszczanie do środka przebiegało bardzo sprawnie. Chwała Ochroniarzom jak i ekipie biletowej, widać ze znają się na swojej robocie. Rozlokowanie barów, sprawni barmani i barmanki sprawili że nie trzeba było długo czekać w kolejce po browarek,
szklanicę łychy czy szybkiego szota. Przed wejściem na salę koncertową tradycyjnie odwiedziłem stoiska z merch’em. 140 zeta za t-shirt z trasy koncertowej zagranicznej gwiazdy powoli staje się normą i nic na to nie poradzimy. Mi osobiście brakowało winyli SD, by móc po koncercie złapać muzyków w celu ich podpisania. Ciekawostką była biała koszula wizytowa z długim rękawem, z kolekcji i haftem lidera – Mike’a Ness’a za jedyne 9 stówek PLNów. Czy znaleźli się chętni na taki zakup? tego nie wiem, ale przy cenach europejskich, zarobkach polskich jak i szalejącej inflacji to gruby wydatek ale i cenna pamiątka.
Jako pierwsi na scenie pojawili się LOVEBREAKERS z UK. Chłopaki grając skocznego punka w stylu Green Day z całą pewnością nie przeszkadzali, a i piwo się nie rozgazowało, co mogło świadczyć że dobrze spisali się w charakterze „otwieracza” wieczoru. Po nich pojawiła się również wyspiarka ekipa a mianowicie GRADE 2. Załoga bardziej znana, obyta w koncertach, widać że nie z jednego pieca chleb jadła i dało się to usłyszeć już po pierwszych dźwiękach. Podczas ich występu sala zaczęła się w szybkim tempie zapełniać i przygotowywać do dania głównego tego wieczoru.
Punktualnie o 21:31 pojawili się oni, Ci na których wszyscy czekali. Mike Ness tradycyjnie w cyklistówce, t-shirt’cie Jerome Boxing Club Bronx NY i z różą wpiętą do gryfu gitary.Po lewej stronie dostojnie prezentował się basista, Brent Harding a po prawej drugi gitarzysta – Johnny Wickersham ( fuck, temu facetowi lat nie ubywa ). Z tyłu, niczym przyczajony tygrys za bębnami – David Hidalgo Jr., podobnie
jak nieco z boczku, nie rzucający się w oczy David Kalish – klawiszowiec.
Ruszyli od razu z kopyta i bez zbędnych ceregieli. „Road Zombie”, „So Far Away”, „Bye Bye Baby” , „Born To Follow”, tu każdy song był z tych The Great Hits. Publika była tego głodna, chłonęła każdy dźwięk, śpiewała, ruszyła w pogo przez co mniej było widać w górze telefony komórkowe. No i w pizdeczkę 😉 Zresztą nie mogło to dziwić, wszak uczestnicy koncertu nie byli przypadkowi a i ich PESEL mógł pamiętać początki działalności Social Distortion.
Fajnym widokiem i budującym było zobaczyć na koncercie młodzież, co by świadczyło iż niedaleko pada jabłko od jabłoni bo ich rodzice wolą poszaleć przy Social niż na Roztańczonym Narodowym 😉
Wróćmy do koncertu. Po kolejnych utworach „Sick Boy”, „Machine Gun Blues” i „The Way Things Were” przyszedł czas na niespodziankę „Wicked Game” z repertuaru Chris’a Issak’a. Oczywiście nie obyło się bez wspólnego śpiewania publiczności wraz Mike’em refrenu
„No, I don’t wanna fall in love (this world is only gonna break your heart)”. Po tej perełce poleciały kolejne killer’skie numery jak „99 to Life”, „Don’t Drag Me Down”, „Born To Kill” , „Dear Lover”, „Story Of my Life” i oczywiście „Ring On Fire” Johnny’go Cash’a.
Tak, to była przysłowiowa truskawka na torcie cytując klasyka, choć mi i zapewne nie tylko mi zabrakło legendarnego coveru z repertuaru Jimmy’go Worka „Making Believe”, odświeżonego po latach przez duńską grupę Volbeat. No cóż, nie można mieć wszystkiego i daruję to urwisom z Południowej Kalifornii, licząc że jeszcze zawitają
do Polski podczas kolejnej trasy koncertowej promującej tym razem nowy materiał. Słuchy chodzą na mieście iż w październiku tego roku Mike&spółka wchodzą do studia i niech to będzie dobry omen, czego Państwu i sobie życzę.
Z rock&roll’owymi pozdrowieniami
Moto.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here