Relacja z koncertu ELUVEITIE i AMORPHIS + Dark Tranquility, Nailed to Obscurity /05. 12. 2022/ Klub Progresja Warszawa

0
144

Poniedziałek był, „ulubiony” dzień nas wszystkich. Granie miało zacząć się o 18:00, a była 19:30 i kolejka długa na cały parking. W tej kolejce zmarznięci chwilowo nawróceni ateiści mówiący pod nosem „boziu jak zimno”. To nie argument przeciwko ateistom, tylko przeciwko długim kolejkom.


Nailed to Obscurity, już kończyli grać, i miało być słychać liczący ćwierć wieku Dark Tranquility, yet people were far from tranquil …
Było słychać jakiś duńczyków czy finów, narzekający w języku Szekspira, że zimno jak u nich, a Polska miała być krajem tropikalnym ,a kolejka też jak u nich do monopolowego przed 18’stą. Po prawie pół godziny na dworze, gdy dostąpił mnie zaszczyt pieszczotliwego macania przez ochronę, kolejka dalej była jak Jormungandr. I dobrze, że wiary zleciało się jak na święcenie koszyczków, ale równie dobrze było by rozważyć zrobienie dwóch wejść na koncert.
Just saying.
Ludzi w zasadzie się przelewało, i za szatnię można było zapłacić przelewem. Thumbs up. Co o zgrozo nie zawsze jest regułą i wtedy, to Ty musisz prosić bezdomnego o drobne.

Załapawszy się na występ supportu, doszedłem do wniosku, że wokalista był zły, że musi pracować w poniedziałek bo strasznie krzyczał.

W przerwie poznałem neo-Słowian, a w rozmowie ze starszą damą, która może nie nosiłaby jeszcze beretu, jednak na pytanie czy przyszła na Amorphis czy Eluveitie, odpowiedziała jak z kultowego nagrania internetowego.
„Amore co? A na co to komu? Na Eluveitie przyszłam!” Śmiała się więc może to był żart… może niektórzy wolą stare (1990 rok założenia) Amorphis. Czyli death doom za czasów Pasi Koskinen’na, zamiast obecnego melodic death metal. Czyli Tomi Joutsen, niegdyś kojarzony ze swych długich dredów, który jak najbardziej podołał wokalnemu występowi, w trakcie czwartej wizyty Finów w naszej Polsce.
Stare czy nowe, zawsze dobrze jest się przenieść wspomnieniami do fińskich baśni i nordyckiej mitologii.

Nie mogłem też nie podejść do skandynawsko wyglądającej blondynki z zadartym szpiczastym nosem rodem z bajek Disneya. Bo co by to był za wieczór, gdyby ktoś mnie nie gasił spojrzeniami i nie dał sobie postawić rumu z colą.

Za to zapłonęła i została postawiona na nogi publiczność, gdy na scene weszło LICZNE w muzyków i uzbrojone w historyczne instrumenty jak szwajcarski scyzoryk Eluveitie. Wiele tekstów jest w już martwym dzisiaj galijskim, ale publiczności daleko było do martwej. Serce się cieszy, widząc tyle osób skaczących i tańczących w kółko trzymając się za ramiona. Folk metalowcy obudzili w nas dusze pogan, i nie było lipy, same pradawne dęby. Szczególnie gdy na koniec zaszczycili nas swoim chyba najsławniejszym utworem Inis Mona, którego na świętowanym w tym roku ich 20-leciu nie mogło zabraknąć.

Relację napisał Lux Perpetua